Katharsis czy ból głowy Słowaków? – wybory parlamentarne na Słowacji

Nadchodzące wielkimi krokami przedterminowe wybory parlamentarne na Słowacji przyniosą zmiany na scenie politycznej i albo narodowe katharsis, albo ogromny ból głowy. Wszystko rozstrzygnie się 10 marca.

Rząd Słowacji od kilku miesięcy nie ma dobrej passy. Jesienią zeszłego roku w efekcie odrzucenia projektu zwiększenia udziału kraju w Europejskim Funduszu Stabilizacji Finansowej z 4,4 mld do 7,1 mld euro upadł rząd Ivety Radičovej, rozwiązano parlament i rozpisano przedterminowe wybory. Na początku tego roku wybuchł ogromny skandal polityczny w wyniku ujawnienia przez dziennikarza Toma Nicholsona dotychczas tajnych dokumentów agencji bezpieczeństwa (SIS) o kryptonimie „Gorila”. W aktach tych zapisywano i analizowano działania korupcyjne na styku świata biznesu i polityki, a w sprawę uwikłane są elity słowackiej polityki w tym dotychczasowy minister spraw zagranicznych Mikuláš Dzurinda.

Gdyby nie bliska perspektywa wyborów, być może styczniowe rewelacje, które przecież pochodzą z 2006 roku zginęłyby śmiercią naturalną. Ten zbieg okoliczności jest jednak zdecydowanym sprzymierzeńcem największej partii opozycyjnej – lewicowego „Smeru” („Kierunek” – Socjalna Demokracja), który wg sondaży osiągnie ponad 40% poparcia, a jej liderowi – Robertowi Fico niemal gwarantuje fotel premiera. Na fali afery wypłynęły również nowopowstałe partie populistyczne – „Zwykli ludzieIgora Matoviča (7% poparcia) czy „99%” (3% poparcia). To te dwie partie są rewelacją obecnej kampanii wyborczej, choć może się okazać, że „99%” zniknie równie szybko, co się pojawiła i to rażona własnym ogniem. Partia ta oparła swoją kampanię o hasła walki z korupcją, z układem itd., ale ironia sprawiła, że na 10 dni przed wyborami okazało się, że na jej listach poparcia w dużych ilościach pojawiły się sfałszowane podpisy… Porównując programy polityczne partii można się spodziewać rządu partii populistycznych, bo za takie uważane są i „Smer”, i obie nowe partie.

Wg sondaży poza parlamentem znajdzie się dotychczas rządząca Słowacka Unia Chrześcijańska i Demokratyczna (SDKU) Dzurindy i Radičovej z poparciem na poziomie zaledwie 4%. Taki wynik oznaczałby bolesny cios przede wszystkim dla Dzurindy, który od lat jest jednym z najważniejszych aktorów słowackiej polityki. Pozostałe partie mogą liczyć na kilku lub kilkunastoprocentowe poparcie – Ruch Chrześcijańsko-Demokratyczny (KDH) na ok. 13%, nacjonalistyczna SNS może liczyć na ok. 4%, Wolność i Solidarność (SaS), ok. 6% oraz węgierskie Most-Hid i SMK odpowiednio na ok. 6% i niespełna 5%.

 

Mráz verzus hnev

Nie tylko elity polityczne zdają sobie sprawę, że ta terapia szokowa, przyniesie słowackiemu społeczeństwu albo katharsis, albo ogromny ból głowy. Afera rozbudziła apatycznych Słowaków. Na Facebooku szybko powstała strona „Kauza Gorila” i skrzyknięto się by protestować. W konfrontacji „mráz verzus hnev” zdecydowanie wygrał ten ostatni przyciągając tysiące protestujących tak w Bratysławie, jak i w mniejszych miastach. Uczestnicy protestów stawili się na głównych placach by wyrazić swoje niezadowolenie i frustrację z obecnej sytuacji politycznej panującej w kraju.

Organizatorzy protestów zapowiadali, że demonstracje będą się odbywać aż do dnia wyborów i słowa dotrzymali jednak finisz tego maratonu niezadowolenia zostanie osiągnięty ostatkiem sił. Antypolityczne protesty w ciągu kilku tygodni utraciły swoje znaczenie – niektórzy obserwatorzy mówią, że Słowacy stwierdzili, że sprawa została wystarczająco nagłośniona, ale zdecydowanie łatwiej przychylić się do zdania większości, która widzi w organizatorach przede wszystkim grupę fantastów a nie liderów z prawdziwego zdarzenia. Powszechna opinia głosi, że osoby, które znalazły się na czele protestów były zupełnie przypadkowymi, bo ludzie potrzebowali kogokolwiek, kto wyznaczyłby godzinę i miejsce protestów by wyrazić swoje frustracje.

– Utworzymy w Google Docs dokument, w którym każdy Słowak będzie mógł dopisać swoje pomysły na reformy. – ogłosił jeden z liderów protestów w czasie lutowym spotkania organizacyjnego w jednym z dzielnicowych domów kultury w Bratysławie. Ruch nie przedstawił żadnych pomysłów, a jedynie utopijne zapowiedzi zmiany systemu politycznego i gospodarczego, gdzie „ludzie, którzy na czymś się znają” będą za to „coś” odpowiedzialni, gdzie pieniądz zostanie zamieniony na wymianę barterową. Ta rewolucja miała zostać wyeksportowana – do Czech, Polski, Węgier… Wydaje się jednak, że zostanie zapomniana wraz z sobotnimi wyborami, a cały wygenerowany kapitał społeczny pryśnie jak bańska mydlana.

Niektórzy z komentatorów w pierwszych tygodniach protestów porównywali wzburzenie ulicy nawet do „Arabskiej wiosny”, jednak publicysta konserwatywnego tygodnika Týždeň, Jaroslav Daniška znajduje tylko jedno podobieństwo. – Ruch Anty-Gorila chciał zmienić politykę i ją zmienił… ze złej na gorszą! Pojawienie się na scenie politycznej nowych partii populistycznych powoduje, że Robert Fico ze swoją partią jest mniejszym złem.

Protesty, więc odcisną swój wpływ także na wynikach wyborów. Zyska na nich Smer oraz nowe partie populistyczne, a poza parlamentem zostanie SDKU najciężej rażona ogniem rewelacjami płynącymi z akt „Gorila”.

 

Nadzieja na zmiany

Pomimo gasnących protestów nadal można odczuć potrzebę zmiany złych rozwiązań systemowych, aby świat polityki skrzętnie maskowany nazwami stanowisk państwowych i siły, jaką one dają, wrócił na tory transparentności i europejskich standardów demokracji. W czasie debaty dotyczącej ujawnienia akt „Gorila” w popularnym bratysławskim klubie KC Dunaj, na scenie zasiedli autor „zamieszania” Tom Nicholson i szef policji Jaroslav Spišiak, a salę wypełnili młodzi ludzie.

Ciekawostką jest, że na wspomnianym wcześniej spotkaniu organizatorów protestów średnia wieku plasowała się w przedziale 40-50 lat, podczas, gdy na debacie w KC Dunaj stawili się dwudziestokilkulatkowie. Można zastanowić się skąd to odwrócenie ról – osoby w średnim wieku stały się rewolucjonistami, podczas gdy młodzi usiedli, aby spokojnie słuchać i debatować.

W czasie debaty zastanawiano się nad przyczynami tak późnego ujawnienia akt i właściwie jedyną przyczyną, którą znaleziono – wadliwym systemem, który sprawia, że ani służby bezpieczeństwa, ani prokuratorzy nie kwapią się z ujawnianiem nieprawidłowości. Ujawnienie afery często oznacza podcięcie gałęzi, na której siedzi prokurator czy funkcjonariusz, bo stanowiska te w dużej mierze są z politycznego nadania. Za Spišiakiem można tylko powtórzyć, że „o pewnych rzeczach się nie mówi, a się je po prostu robi” i życzyć Słowacji by wybory były pierwszym krokiem w kierunku zmiany na lepsze.

 

Artykuł pierwotnie opublikowany w języku angielskim przez New Eastern Europe Journal (www.neweasterneurope.eu).